z depresji do szczęściaW Australii żyje się trochę na opak. To kontynent, który odwraca pory dnia, pory roku, ruch na ulicach i ruch na chodnikach. Ale co ciekawe, wywraca też światopogląd.

Kiedy trzy miesiące temu leżałam zapłakana w łóżku, złamana ilością cierpienia, które się na mnie zwaliło, pogrążona w zdiagnozowanej depresji, czująca tylko rozpacz, ból, odrzucenie i wściekłość, nijak nie umiałam wyobrazić sobie jasnej przyszłości. Mój stan był opłakany, a przebywanie w samotności niebezpieczne. Potrzebowałam ciągłej obecności kogoś bliskiego, musiałam czuć, że ktoś przy mnie jest. Męczyłam bliskich zadawanymi setki razy pytaniami bez odpowiedzi i tematami przeanalizowanymi z każdej możliwej strony.

Skierowana do wewnątrz, byłam zdolna przeżywać tylko swoje emocje. Nie obchodziło mnie nic poza tym, że cholernie cierpiałam i nie mogłam z tym cierpieniem nic zrobić. Pootwierały się naraz wszystkie rany z przeszłości, które musiałam na nowo przecierpieć i się z nimi zmierzyć.

Wizja wyjazdu mnie przerażała. Samotność, samodzielność, konieczność radzenia sobie z problemami, ogarniania życia. Zupełnie nie czułam się na siłach.

Nie byłam w stanie pozbierać się psychicznie i żyć przygotowaniami, pakowaniem, marzeniami. Nagle to wszystko straciło sens. Znajomi, podekscytowani moim wyjazdem, już na dwa miesiące przed pisali, dopytując, czy jestem spakowana, a ja tylko leżałam, płakałam i myślałam, że tak właściwie to ja tego wyjazdu nie potrzebuję, bo i tak już nie umiem cieszyć się życiem.

Postanowiłam podjąć jednak próbę stanięcia z powrotem na nogi. Wymyśliłam sobie plan.
1. Wyjść do ludzi. Choć początkowo robiłam to zupełnie wbrew sobie.
2. Znaleźć zajęcie, które całkowicie mnie pochłonie.

Założenie bloga było pierwszym krokiem i spełniało oba punkty. Odnalazłam w tym przyjemność i powoli odrywałam się od bolesnych myśli. Pozytywne reakcje ludzi dodatkowo podnosiły mnie na duchu i motywowały. Zaczęłam znów wierzyć, że świat nie jest zły.

Tuż przed wyjazdem udało mi się jako tako poskładać w całość i poleciałam odkrywać nowy, inny świat. A wraz z nim nowe emocje i sposób patrzenia. Odkryłam na przykład, że bardzo, ale to bardzo brakuje mi rozmów z siostrą i przykro mi, gdy przez dłuższy czas nie mamy kontaktu. Gdy obie byłyśmy w Polsce, widywałyśmy się raz na dwa lub trzy tygodnie i często w tym czasie nie miałyśmy w ogóle kontaktu. A jednak nie zmieniało to między nami niczego. Dalej była mi najbliższą istotą, która rozumiała mnie jak nikt inny, miała identyczne poczucie humoru i absurdalności świata, i doskonale mnie uzupełniała. Za to w Australii pewnej nocy się obudziłam i zupełnie niespodziewanie zaczęłam płakać. To był moment, w którym wyjątkowo intensywnie poczułam, jak bardzo potrzebuję regularnego kontaktu z nią, rozmów, zainteresowania, bliskości i obustronnej chęci utrzymywania tej więzi. To prawda, że odległość zwiększa potrzebę kontaktu z bliskimi. Że miło jest, gdy ktoś raz na jakiś czas się odezwie, co słychać. Dzięki temu jeszcze bardziej doceniam zainteresowanie rodziny i przyjaciół, rozmowy na Skypie, wiadomości. Na nowo uczę się być dla innych i doceniam nowe wartości.

A to, co kilkanaście tygodni temu stanowiło cały mój czarny, depresyjny świat, tutaj straciło znaczenie. Może nie całkowicie, bo czasami zdarza mi się jeszcze popłakać, to jednak ten ból nie ma już takiej siły, jak wtedy.