pozostać sobą mimo wszystkoJak często rezygnujemy z czegoś, na co mamy ochotę, tylko ze względu na społeczne konwenanse i obawę przed oceną innych? Dlaczego tak rzadko pozwalamy sobie na spontaniczność i swobodę? Wzajemnie sobie wmawiamy, że pewnych rzeczy już nam po prostu nie wypada. Zamykamy się w ścisłych ramach wyznaczanych przez nasz wiek, stanowisko pracy, czy rolę społeczną. I z dnia na dzień szarzejemy, uzależnieni od swojego odbicia w oczach społeczeństwa.

Ale właściwie dlaczego? Czy czyjaś krytyka naprawdę coś zmienia?

Nie jesteśmy zupą pomidorową, żeby nas wszyscy lubili. Bo i tak nigdy nie będą. Zawsze znajdzie się ktoś, komu coś się w nas nie spodoba.

Ja przekonałam się o tym bardzo wcześnie.

Od dziecka było we mnie silne poczucie odrębności. Fascynowało mnie wszystko, co miało swój charakter, charyzmę i było JAKIEŚ. Bo ja też taka się czułam. Wiedziałam, że można powiedzieć o mnie dużo, ale na pewno nie to, że jestem nijaka. Wielokrotnie wzbudzało to w moim otoczeniu sporo kontrowersji. Bywało ciężko. Zwłaszcza w gimnazjum, gdy znalazłam się w klasie z dwudziestką niedojrzałych jeszcze chłopaków, których raziła moja odmienność. Nie czułam potrzeby nikomu imponować ani tym bardziej przynależeć do klasowego kółka wzajemnej adoracji. Umiałam powiedzieć, co myślę i miałam raczej wyrazisty charakter. A przy tym byłam brzydka, nosiłam aparat ortodontyczny i przez alergię wyglądałam, jakbym nigdy nie spała. To nie było dobre połączenie, dlatego szybko stałam się ich celem. Dokuczali, drwili, wyśmiewali. Często do domu wracałam z płaczem i – jak się po latach przekonałam – odcisnęło to na mnie swoje piętno. Zabrało mi sporo pewności siebie, ale nie uporu. Bo postanowiłam wtedy mimo wszystko się nie zmieniać.

Wiadomo, że jedną z podstawowych potrzeb człowieka, jest potrzeba przynależności i bycia akceptowanym. Ja w tamtym okresie tego nie miałam i właśnie ten brak motywował mnie do działania. Myśl, żeby nie dać im wygrać, by pozostać sobą. Mogłam się złamać. I naprawdę długo z tym walczyłam. Powtarzałam sobie, że negatywna i bezpodstawna opinia innych nie ma żadnego znaczenia, że nie mogę pozwolić, żeby moje życie i sposób postępowania były uzależnione od tego, co powiedzą inni.

Jako najwyższą wartość charakteru ustawiłam sobie indywidualizm i niezależność. Wewnętrzną wolność. Bez względu na to, co pomyślą inni.

Dlatego dalej chodzę po drzewach i turlam po stromych zboczach. Robię fikołki na trampolinie i nietoperze na trzepakach. Na placach zabaw zajmuję dzieciom huśtawki. Uśmiecham się do nieznajomych, bo wierzę, że dostajemy od ludzi to, co sami im dajemy. I wciąż pamiętam tę sześcioletnią Dominikę, która paniom w przedszkolu kazała mówić na siebie Pippi, a na zajęcia przychodziła w kolorowych pończochach i sterczących warkoczykach. Dominikę, która chciała być jak ta rudowłosa dziewczynka, mieszkająca z małpką i koniem, którego podnosiła jedną ręką, chodząca do szkoły wyłącznie, kiedy miała na to ochotę i radząca sobie w pojedynkę z groźnymi bandytami. Niezależna, charyzmatyczna, silna i odważna.
Mój pierwszy życiowy autorytet 😉

Dlatego proszę, pozwólmy sobie być sobą i pielęgnujmy to, co nas wyróżnia od innych. W końcu na tym polega całe piękno życia.