odległość zbliżaObecność i bliskość. Dwie rzeczy, których każdy z nas potrzebuje. Nie da się długo wytrzymać w samotności i nawet jeśli ją sobie cenimy, prędzej czy później zaczynamy szukać kontaktu z innymi. W jakiejkolwiek formie, choćby wirtualnej. To zabawne. Niektórzy panicznie boją się być daleko od bliskich, a ja przez bardzo długi czas zwykłam powtarzać, że nie potrzebuję ludzi do szczęścia. Postrzegałam siebie jako osobę niezależną, a momentami nawet aspołeczną. Bywały okresy, kiedy unikałam towarzystwa. Zaniedbywałam rodzinę, odsuwałam się od znajomych. Na wszelkie wyjazdy jeździłam sama i widziałam w tym mnóstwo zalet. Mogłam zwiedzać tak, jak lubię, bez konieczności dostosowywania się i zmieniania planów. Jasne, czasami żałowałam, że nie mogę przeżywać tych radosnych chwil z kimś bliskim, że doświadczam ich zupełnie sama, a tak fajnie by było móc je dzielić. Ogólnie jednak mocno broniłam się przed uzależnianiem się od innych i nie pozwalałam nikomu zbytnio wpływać na moje decyzje.

Do Australii też przyjechałam z takim właśnie nastawieniem. Nie podejrzewając, że sytuacja, w której się znajdę, każe mi szybko zweryfikować moje podejście.

Do momentu znalezienia pracy zatrzymałam się u rodziny. Konkretnie u babci i dziadka, z którymi przez co najmniej siedem lat nie miałam kontaktu. Oni zapamiętali mnie jako 15-letnią dziewczynkę, ja tymczasem przyjechałam jako dorosła studentka, która poznaje świat, ma swoje życie i od czterech lat decyduje sama za siebie. I tu już narodził się pierwszy konflikt. Wczesne powroty do domu, konieczność dawania znać, czy będę na kolacji, uważanie, czy się o mnie nie martwią? To nigdy nie był mój styl bycia i moja polska część rodziny dobrze o tym wiedziała. Rodzice ufali mi, wierząc, że zawsze jakoś sobie poradzę i nigdy nie trzymali mnie zbyt krótko, wiedząc, że i tak się zerwę. Nawet babcia przymykała oko na moje pomysły i przyjęła – powiedziałabym – raczej nietypowo babciną postawę 😉

Tutaj za to wkroczyłam w inny świat. Świat dużej rodziny, która pomimo różnych – czasami trudnych do uniknięcia – sporów, trzyma się ze sobą bardzo blisko i jest na bieżąco z losem wszystkich jej członków. A najbardziej na bieżąco są właśnie babcia z dziadkiem, którzy z troską i uwagą śledzą wszelkie wydarzenia w gronie rodziny. Rodziny, do której ja się od niedawna realnie wliczam. I do której zasad powinnam się dostosować.

Pierwsze dwa tygodnie były dla mnie pod tym względem raczej trudne. Uruchomił się we mnie wewnętrzny bunt przeciwko tłumaczeniu się komukolwiek z tego, co robię i o której chcę wracać, ale przez wzgląd na wdzięczność i (mimo wszystko) dobre wychowanie, starałam się nie przysparzać im zmartwień swoimi późnymi powrotami czy przesadną nieobecnością. Byłam bardzo ciekawa miasta i niecierpliwiłam się, kiedy już będę mogła zapuścić się w nieznane uliczki i błądzić po nich całymi dniami, jednak wiedziałam, że powinnam spędzać czas również z dziadkami – interesować się, rozmawiać, jadać wspólne obiady.

Było ciężko, było nieswojo, ale wiecie co? Dzisiejszego wieczoru znalazłam w tym autentyczną przyjemność. Wróciłam po całym dniu samotnego chodzenia po mieście, usiadłam z babcią i wujkiem w ogródku przy filiżance herbaty i po prostu serdecznie z nimi porozmawiałam. Okazało się, że można znaleźć mnóstwo przyjemnych, ciekawych wspólnych tematów, i że nie muszą one dotyczyć wyłącznie nieznanych mi członków rodziny. Wyłączył mi się wewnętrzny bunt. Zrozumiałam, że wcale nie muszę być tak wycofana i ostrożna w obawie przed utratą niezależności. W życzliwości, otwartości, zainteresowaniu i rozmowie też leży ogromna wartość, która nie musi wykluczać reszty.

A przy okazji doceniłam to, co miałam w domu, czyli rodziców, którzy mnie nigdy nie ograniczali i rozumieli moją potrzebę odrębności. To, że pozwolili mi samej zadecydować, jakim człowiekiem chcę być.

Mamę, która postanowiła zostać bardziej moją przyjaciółką niż moralizatorką, która uszanowała moje granice, choć jednocześnie – jak to mama – zawsze się o mnie martwiła. Tatę, który powtarzał, że wyjeżdżając do Australii spełniam jego marzenie, nie mając na myśli tego, że sam tak bardzo chciałby jechać, ale pragnienie, żebym to ja pojechała. To, że mnie zawsze motywowali do wyjazdu nawet, gdy ja sama planowałam się wycofać i porzucić marzenia.

Siostrę, która zawsze była moją bratnią duszą. Śmiała się z tych samych rzeczy co, ja, tak samo odczuwała absurdalność świata, dopełniała mnie i rozumiała, jak nikt inny. Zero zawiści, zero dystansu, a przecież i tak bywa nawet między rodzeństwem.

Choć zawsze to wiedziałam, teraz, z odległości 15 000 kilometrów, widzę dużo wyraźniej, za ile rzeczy mogę być wdzięczna. Zupełnie nowa perspektywa.

No i czerpię też ogromną przyjemność z prowadzenia tego bloga. Dzięki niemu nawiązałam kontakt z wieloma osobami, dowiedziałam się fajnych rzeczy, otrzymałam dużo ciepłych słów i odkryłam, że fajnie jest wchodzić w różne interakcje. Dziękuję!