moja praca w Brisbane

Dzisiaj pokażę Wam, jak wygląda moja praca w Brisbane. Oprowadzę Was po lokalu, zapoznam z ofertą dań, opowiem co nieco o australijskich klientach, moich współpracownikach i naszych relacjach z szefem. Poniżej dużo apetycznych zdjęć, więc nie polecam oglądać z pustym żołądkiem! Chyba że chcecie wpaść na lunch, jesteście zawsze mile widziani 😉 Gotowi? Zaczynamy!

Półtora miesiąca temu dostałam pracę w nowo otwartej kawiarni w pobliskiej galerii handlowej. Miałam duże szczęście z lokalizacją, bo galeria znajduje się zaledwie 10 minut autobusem od mojego nowego domu. Była to też pierwsza rozmowa kwalifikacyjna, na którą mnie zaproszono, zaledwie kilka dni po tym jak się wprowadziłam i zaczęłam rozsyłać CV. Dodam, że jeśli chodzi o pracę w kawiarniach czy restauracjach, to w Brisbane odległość miejsca zamieszkania od miejsca pracy ma spore znaczenie dla pracodawców. Gdy na początku roznosiłam CV, za każdym razem pytano mnie, w jakiej dzielnicy mieszkam, żeby mieć pewność, że nie miałabym problemów z dojazdami i nie traciłabym na nie zbyt dużo czasu.

Tutaj też bliska odległość zadziałała na moją korzyść. Podczas, gdy inni dojeżdżają po pół godziny, z przesiadkami, ja łapię bezpośredni autobus i po kilku przystankach jestem na miejscu. Alternatywą jest Uber, za którego płacę 8-9 dolarów (gdzie za dłuższe trasy płaci się po 25-30 AUD).

Jako studentka mogę pracować tylko 20 h tygodniowo (wyjątkiem są okresy bez zajęć – wtedy mogę pracować do woli), ale wielu pracodawców idzie nam na rękę i pozwala zarobić trochę więcej. Dodam, że większość studentów ma zajęcia tylko raz lub dwa w tygodniu, dlatego bez problemu mogą poświęcić nawet 35-40 h tygodniowo na pracę.

Mój dzień zaczyna się między 8 a 9 rano. Wchodzę do lokalu, zakładam firmowego fartucha, związuję włosy i loguję się na wiszącym na ścianie tablecie, rejestrującym początek i koniec zmiany. Aplikacja robi mi zdjęcie (do którego często pozują przechodzący akurat za mną znajomi 😀 ), biorę notesik i długopis do zapisywania zamówień i ruszam do pracy.moja praca w BrisbanePierwszym wyzwaniem było zapamiętanie całego menu. A właściwie trzech – All day breakfast, Lunch i Autumn Favourites & Specials. (jeśli chcecie sprawdzić, co mamy w ofercie – każde menu podlinkowałam 🙂 ) Łącznie około 150 nazw dań i napojów, które musimy zapisywać skrótami. Potem do zapamiętania doszły ceny, żeby móc obsługiwać kasę 😉

moja praca w BrisbaneLokal podzielony jest na trzy sekcje – 100, 200 i 300 (na zewnątrz). Każda z nich liczy po 15 stolików, zazwyczaj czteroosobowych, co pozwala pomieścić około 180 osób na raz. I powiem Wam, że codziennie w porze lunchu, a w weekendy już od rana, wszystkie stoliki są zajęte. Przyjmujemy dziesiątki zamówień, które potem przekazujemy do trzech stanowisk – kuchni, zimnych napojów i kawy, co oznacza, że nie można zapisać kawy i jajecznicy na jednej kartce, bo w kuchni Ci kawy nie przygotują 😉 Co więcej, herbaty przy stanowisku z kawą też nie, więc trzeba ją zapisać razem z zamówieniem na zimne napoje.

moja praca w Brisbanemoja praca w Brisbane

Dlatego bardzo ważna jest współpraca i dobra organizacja w zespole. Każdy musi pamiętać, za którą sekcję jest odpowiedzialny i jej się trzymać. Jest intensywnie, codziennie czuję inne mięśnie nóg, ale jest fajnie. Dajemy radę.

ZALETY

1. Ludzie.

Uwielbiam kontakt z klientami, zwłaszcza, że Australijczycy są bardzo mili. Śmieję się, że wszyscy tu grają w grę, kto komu więcej razy podziękuje i czyje „dziękuję” będzie ostatnie. Ja dziękuję im, oni dziękują mi, więc ja odpowiadam kolejnym dziękuję i w odpowiedzi słyszę „TA”, czyli australijskie skrócone „dzięki”. Wiem, że to pozorna uprzejmość, ale i tak lepsze to niż naburmuszone, ponure spojrzenia albo cisza.

Queenslandczycy są też bardzo rozmowni. Zazwyczaj zaczynają od pytania „Where is your lovely accent from?”, na co z dumą odpowiadam, że prosto z Polski. Często jednak słyszę, że brzmi francusko, choć ostatnio podejrzewano mnie też o niemieckie, a nawet szwedzkie (?!) pochodzenie 😀

Dopiero w Australii pozbywam się kompleksów ze studiów na punkcie tego, że nie mówię pięknym, brytyjskim RP. Tutaj każdy ma jakiś akcent, każdy mówi w inny sposób, a dla Australijczyków różnorodność kulturowa jest czymś fascynującym. Są przyzwyczajeni do przeróżnych akcentów i absolutnie nie są one czymś, czego powinno się wstydzić. Raczej należy być dumnym, w końcu każdy jest unikalny i nie do podrobienia 😉

Ja też dzięki temu osłuchuję się z różnymi akcentami, nawet jeśli niektóre początkowo są trudne do zrozumienia. Słuch szybko się przyzwyczaja i widzę po sobie ogromne postępy, choćby po rozmowach z klientami i z australijskimi znajomymi, których przy pierwszym spotkaniu rozumiałam może w 70%. Mówili niewyraźnie, skracali wyrazy, zjadali końcówki, mamrotali coś pod nosem, używali slangu. Serio, połowę musiałam zgadywać albo prosić o powtórzenie. Ale z dnia na dzień było coraz lepiej, aż pewnego dnia ze zdziwieniem odkryłam, że rozumiem wszystko.

Ludzie w Queensland są bardzo swobodni i zrelaksowani. Nie ma korpo-nadęcia, nie ma pretensjonalnej elegancji. Co trzecia osoba przychodzi do lokalu w japonkach.

Tak sympatyczni klienci to najlepsze, na co mogłam trafić. Czuję się swobodnie, uśmiecham się, zawsze zamienię kilka słów, doradzę przy wyborze dania, opowiem coś o Polsce, posłucham o ich podróżach po Europie. Niektórzy już mnie kojarzą i bardzo entuzjastycznie reagują na mój widok. Kilka razy zdarzyło się, że tuż przed opuszczeniem lokalu, zawołali mnie albo specjalnie podeszli, żeby wręczyć mi napiwek za obsługę.

A ja tylko jestem sobą… Lubię się uśmiechać i być miła. Lubię dawać pozytywną energię innym i lubię otrzymywać ją z powrotem. Dobro uruchamia dobro. Po prostu 😀

2. Lunch

Na każdej zmianie każdy z nas ma obowiązkową półgodzinną przerwę na lunch i może sobie wybrać dowolne danie z karty plus jakiś dodatek. Przez pierwsze dwa tygodnie byłam tak podekscytowana, że każdego wieczoru studiowałam dokładnie menu, planując swój posiłek na kolejny dzień 😀 Bardzo szybko zapamiętałam wszystkie pozycje i wypróbowałam większość interesujących mnie potraw. Nie wszystkich, bo wątpię, żeby kiedykolwiek naszła mnie ochota na boczek wieprzowy czy żeberka z tłustym sosem i ogromną porcją frytek, którymi lokalni ludzie się tu zajadają, ale z przyjemnością kilka razy zjadłam steka i bez dwóch zdań zakochałam się w delikatnej, idealnie przyprawionej jagnięcinie!moja praca w Brisbane

Plusem są też napoje, które możemy zamawiać do woli. Kawy, świeżo wyciskane soki, mrożone frappe, milk shakes. Do wyboru, do koloru.moja praca w Brisbane

A swoją drogą, zapoznaję się z żywieniowymi zwyczajami Australijczyków. Wiem już, co lubią i co jest popularne. Na prowadzeniu są Hash Browns, które zamawia co druga osoba. Są to starte smażone ziemniaki o prostokątnym kształcie i złocistym kolorze. Na tyle reprezentatywne, że można je kupić w McDonald’s i KFC. Na drugim miejscu znajdują się „poached eggs”, czyli jajka w koszulce, które w Polsce kojarzyły mi się tylko z Masterchefem i czymś wytwornym 😀 Ogólnie Australijczycy uwielbiają jajka z bekonem. W bułce, pszennej tortilli, czy luzem na talerzu – sprzedają się znakomicie. Najpopularniejszą rybą jest barramundi, która – jak się właśnie z Wikipediowego researchu dowiedziałam – jest obojnakiem i po 4-5 latach z samca staje się samicą.moja praca w Brisbanemoja praca w Brisbanemoja praca w Brisbane

3. Atmosfera w pracy i relacje z szefem

Wszyscy współpracują i sobie pomagają. Żartują i podjadają firmowe ciasteczka, które dajemy klientom do kawy. Gdy robi się tłoczno, szef sam zakłada fartuch i pomaga nam ogarniać dziesiątki zamówień. Jest otwarty na wszelkie uwagi, a w razie potrzeby potrafi przyznać się do błędu i przeprosić.

Jeśli czytaliście moje pierwsze posty, pewnie pamiętacie, że przed przyjazdem bałam się, że spotkam tu samych Azjatów 😀 Sprawdziło się. Zarówno w pracy, jak i w szkole jestem jedyną Europejką, ale bardzo szybko polubiłam i przyzwyczaiłam się do wszechobecnej azjatyckiej kultury. Coraz lepiej orientuję się w ich kuchni (szczerze się zakochałam w kuchni wietnamskiej!) i potrafię już rozpoznać narodowość po rysach twarzy.

4. Wielozadaniowość

Nasz lokal sprzedaje też kwiaty. Prześliczne, kolorowe, pachnące bukiety, które układamy i ozdabiamy samodzielnie. Dlatego jestem nie tylko baristką i kelnerką, ale i kwiaciarką 😉

moja praca w Brisbane

Czego się uczę w pracy? Przede wszystkim asertywności. Mówienia otwarcie o rzeczach, które mi się nie podobają. Wzoruję się na Australijczykach, którzy bez obaw zgłaszają wszelkie uwagi, jeśli takowe mają.

Frytki nie są wystarczająco chrupiące?

Stek jest medium, a nie rare?

Warstwa pianki na kawie jest za gruba?

DO WYMIANY.

Czasami może być to denerwujące, zwłaszcza, gdy lokal jest zatłoczony, a obsługa hiper zajęta, ale mimo to dostrzegam plusy tej postawy i sama uczę się zgłaszać swoje zastrzeżenia. W końcu mamy prawo oczekiwać dokładnie tego, za co płacimy.

moja praca w Brisbane

I ja się dziwię, że odkąd zaczęłam tam pracować, przybrałam na wadze jakieś 5 kilo… 😉

  • Sebek Inzynier

    Nareszcie! 🙂 Czekałem i zaglądałem na ten blog chyba z 20 razy przeczytałem postów ile się dało aż zaniepokojony na Facebooka którego nie lubię zajrzałem. Naprawdę ciekawie piszesz oby tak dalej. Imponuje mnie twoja osoba.Jest mnóstwo atrakcyjnych dziewczyn co zakładają blogi ale one są nudne. Dominika masz coś w sobie. Intelektualnie to przewyższasz mnie wielokrotnie. Jestem dziś potwornie zmęczony i głowa mnie boli a mamy już w Polsce godzinę 22 ale poprawiłaś mi samopoczucie tym postem. Cieszę się że dobrze się czujesz w tej pracy. Ach szkoda że ten fajny lokal nie jest tuż za rogiem.Dobrze że znalazłem twojego Bloga. Będę Tu zaglądać. Naprawdę w myślach sobie powtarzałem żeby zapamiętać-Dominika się wymyka- bo kiepsko u mnie z pamięcią. Dobranoc i Dzień Dobry 🙂

    • U mnie właśnie dzień dobry 😀 lecę do pracy! Dziękuję za miłe słowa i zapraszam jak najczęściej, niedługo kolejne wpisy 🙂 pozdrawiam serdecznie!

  • Ostrzegałaś, żeby nie na głodniaka, bo dużo zdjęć, pyszne rzeczy. Ale sobie myślę, skoro już po obiadku to mogę śmiało wbijać, bo co mi najedzonej może być straszne. 😀 I tak nagle coś poczułam się znowu głodna. 😀 Rewelacyjnie to wszystko wygląda i tak apetycznie! ♥ A co tą opcją do wybierania sobie czegoś do zjedzenia z menu wow brzmi super! 🙂 Śmiało mogłabym przytyć gdyby mi serwowano takie pyszności. Bardzo mnie zainteresowałaś swoją pracą i świetnie się o niej czytało! 🙂