australia lot podróżRodzina odwiozła mnie na lotnisko. Pożegnałam się, przytuliłam, popłakałam, sto razy jeszcze się odwróciłam, żeby pomachać, po czym wsiadłam do samolotu i odleciałam. Nie było łatwo patrzeć na łzy mamy, siostry, przyjaciółki, ale przecież nie wyjeżdżam na zawsze. Chyba. Tak trudno uwierzyć, że to już. Jeszcze niedawno były dwa miesiące do wyjazdu i nawet nie potrafiłam go sobie wyobrazić. Niby wiedziałam, że wszystko już załatwione, bilet kupiony, ale sama wizja była tak odległa i nieokreślona, że niemal nierealna. A teraz się urealniła. Lecę. I tak przez najbliższe 26 godzin, aż znajdę się na drugim końcu świata. W świecie moich marzeń.

Nie wierzę, że spełnianie marzeń jest takie proste i tak naprawdę zależy od jednego naszego „tak”. Czuję ogromne podekscytowanie i ciekawość, ale też i strach. Na szczęście ten z rodzaju motywujących, nie paraliżujących. Jestem najzwyczajniej szczęśliwa i wiem, że ta przygoda będzie czymś pięknym i niezapomnianym, że poznam ciekawych ludzi i wiele się nauczę. Na przykład bycia odpowiedzialną.

Mimo że było w tym sporo mojej lekkomyślności i nadmiernego optymizmu, wydarzenia z ostatniego tygodnia pokazały mi, że dostajemy od świata to, na co sami się nastawiamy. To, co dają nam inni, to tylko odbicie naszego podejścia i sposobu myślenia. Załatwianie formalności przedwyjazdowych szło mi beznadziejnie. O tym, że muszę wyrobić międzynarodowe prawo jazdy przypomniałam sobie ostatniego dnia, minutę po zamknięciu urzędu. Wbiegłam tam bez dokumentów, mając przy sobie tylko jakieś na szybko zrobione zdjęcie przeznaczone do nowego dowodu, którego ważność też mi się kończy za niecały miesiąc. I choć pani przyjmująca nie była zadowolona, uśmiechem i szczerością udało mi się wszystko załatwić.

Tego samego, ostatniego dnia przed wylotem, pomyślałam sobie, że fajnie by było jeszcze zrobić coś z włosami. Do pani fryzjerki weszłam ot tak, z ulicy, licząc, że może akurat będzie miała czas. I też mi się udało. Na dodatek nie pozwoliła mi zapłacić, tłumacząc ten miły gest moim wyjazdem i chęcią bezinteresownej pomocy na pożegnanie.

Kolejna sytuacja – letnie sukienki. Tajemniczym sposobem wszystkie poznikały z mojej szafy wraz z ostatnimi promieniami wakacyjnego słońca, wobec czego musiałam sobie sprawić nowe. Na stacjonarne sklepy nie miałam co liczyć, zostawał tylko internet. Czyli maksymalne ryzyko nietrafienia w rozmiar przy minimalnej ilości czasu na odesłanie i ewentualną wymianę. W końcu, po długich godzinach poszukiwań, zamówiłam sobie dziewięć sukienek i zadowolona czekałam, aż przyjdą.
Przyszły. Na dzień przed wyjazdem. Za duże, za długie – wszystkie do poprawki. Wtedy to i ja trochę zwątpiłam, że znajdę krawcową, która podejmie się poprawienia tylu sukienek w ciągu jednej nocy, ale moja wrodzona naiwność i wiara w ludzi kazały mi próbować. W przeciwieństwie do mamy, która z góry założyła, że nikt mi tego nie zrobi. Pojechałam, uśmiechnęłam się, poprosiłam i załatwiłam. Następnego dnia miałam gotowe sukienki – idealnie dopasowane.

Może to prawda, że głupi ma szczęście. Choć ja bym szybciej powiedziała, że mają je pozytywnie myślący. Ja obecnie czuję, że mam go aż w nadmiarze. Spotyka mnie tyle dobrego tylko dlatego, że odcięłam się od tego, co mnie niszczyło i zamykało na świat. To takie przyjemne widzieć, jak w końcu los się radośnie uśmiecha i mówi – żyj, wychodź do świata, dawaj dobro, a ono wróci – i tak faktycznie się dzieje.

No więc lecę Emiratesowym samolotem do Dubaju. Zachwycona jego rozmiarem, lekkością, płynnością startu, miękkością lądowania, nie mogę się nadziwić, jacy ludzie są genialni. Stworzyć takie monstrum, które pomieści kilkaset osób i wciąż będzie wyglądać elegancko, to jest coś! Dużo przestrzeni, profesjonalizm, poczucie bezpieczeństwa – zupełnie inny komfort latania.

emirates seats plane

Możliwe, że część z Was jest przyzwyczajona albo nie zwraca uwagi na takie szczegóły, ale ja jaram się jak głupia tymi telewizorkami, w których można znaleźć setki filmów w różnych językach, muzykę – od klasycznej, poprzez musicalową, blues, jazz, rock, aż po współczesne klubowe hity, gry, stacje radiowe, stacje telewizyjne, dosłownie wszystko! Można śledzić swój lot z czterech perspektyw, w tym pilota, z widokiem na pas startowy i niebo przed nami, można obserwować, z jaką prędkością lecimy i nad jakim krajem, a jakby tego było mało, nad niektórymi możemy się nawet połączyć z WIFI. Dla mnie to niesamowite.

No i jedzenie – zaskakująco smaczne, apetycznie podane, dopracowane w każdym calu. Jest saszetka z solą, pieprzem, jest cukier, mała czekoladka, masło i dżem do bułki, krakersy, włoskie grissini, a nawet oddzielnie pakowany kawałek Cheddara. Plus ode mnie za wygodne, metalowe sztućce i oczywiście za dowolną ilość alkoholu w cenie. Wesoło się leci po buteleczce wina, które swoją drogą jest naprawdę niezłe.dinner emirates food airplane

Poznaję super ludzi. W drodze do Dubaju siedziałam obok sympatycznego małżeństwa, które leciało odwiedzić córkę, też Dominikę – stewardessę w Emirates, która opowiedziała mi, co mogę znaleźć na pokładzie i zaprosiła do wspólnego zdjęcia polaroidem (niewiele osób wie, że można sobie zrobić i od razu mieć wywołane zdjęcie ze znajomymi lub załogą samolotu). Tak łatwo znaleźć z ludźmi wspólny język. Wystarczy zacząć rozmowę i nagle okazuje się, że inni też lubią te same musicale, słuchają Kaczmarskiego, piszą pamiętnik, a w podróżach bardziej cenią spontaniczne akcje niż grzeczne zwiedzanie i że są tak bardzo otwarci na życie, że aż inspirują.

Kolejny lot – z Dubaju do Singapuru – przyniósł kolejną ciekawą znajomość. Przy wchodzeniu na pokład zobaczyłam, że dwóch chłopaków przede mną ma polskie paszporty, więc bez zbędnego zastanawiania się, zagadałam. No bo w końcu Australia, Polaków w samolocie tak niewielu, to fajnie zapytać, co ich sprowadza. I takim sposobem poznałam chłopaka, który też skończył filologię angielską i temperamentem tak bardzo przypomina mnie, że od razu zaczęliśmy rozmawiać jak starzy znajomi. W pewnym momencie dołączyła do nas 60-letnia Australijka, która co pół roku wyrusza na sześciomiesięczną podróż po świecie. Pół roku pracuje, pół podróżuje. Mówi, że dzięki temu nie czuje upływu lat, że podróże pozwalają jej zapomnieć o starości i dostarczają ciągle nowej energii. Porozmawiała z nami z kilkadziesiąt minut, uściskała, skomplementowała akcent i poszła w swoją stronę. A jej miejsce w konwersacji zajął pewien przystojny steward, który przyszedł zrobić nam zdjęciedubai emirates cabin crew flight

I tak to jest. Nawet ci spotkani na chwilę, wnoszą do naszego życia coś nowego, pokazując różne możliwości. W życiu chyba jednak najbardziej chodzi o ludzi, bo to oni nadają wszystkiemu intensywności.

A poza tym zaginam czasoprzestrzeń. Cztery godziny temu była 5 rano, teraz jest 18 po południu. A za kolejnych pięć będzie 1 w nocy. Szaleństwo. Mój organizm też nie wie, co się dzieje. W ciągu 50 godzin spałam ze trzy i wydaje mi się, że nawet tego nie zauważył.

Kończę wpis, będąc już na terenie Australii. Coraz bliżej Brisbane. Witaj, przygodo!

  • Ewa

    Tak, Dominiko – nigdy się nie poddawaj! Walcz do końca! To w kwestii urzędów, krawcowej, fryzjerki itd. To też moje motto.
    Przeczuwam, że podróżowanie może takie być jak opisujesz. Wystarczy być otwartym na ludzi, z reguły ludzie chcą być i są dobrzy. Zazdroszczę przygody i możliwości jakie masz. Ja czekam na emeryturę. Może wtedy się odważę.
    Ps. Jestem starą koleżanką twojej mamy. Mam dla niej dużo sympatii. Cieszę się że ma takie fajne córki.