dlaczego australia
”Kończę licencjat i lecę do Australii”

Każdy, kto mnie trochę zna, prawdopodobnie usłyszał to zdanie z moich ust. Na studiach powtórzyłam je setki razy. Było moim jasnym punktem przyszłości – marzeniem, nadzieją, motywacją. Zawsze patrzyłam z podziwem na ludzi, którzy potrafili zostawić wszystko, wyjść poza schemat i podróżować, spełniać swoje marzenia. Chciałam robić to samo. Chciałam być samodzielna, odważna i poznawać świat. Choć w liceum miałam jeszcze dość ograniczone możliwości, robiłam wszystko, żeby przeżywać jak najwięcej. Wyjeżdżałam sama na kursy językowe w Anglii, 30-kilometrową trasę do szkoły – ku przerażeniu i protestom mamy – regularnie pokonywałam autostopem, i jarałam się, gdy podwiozła mnie jakaś rodzina z Manchesteru. Liczyła się każda okazja do poznania nowych ludzi, bo każda znajomość pokazywała, jak wiele jest sposobów na życie, inspirowała.

Co się dzieje z moim angielskim?!

Po liceum długo żałowałam, że zabrakło mi odwagi wyjechać na studia za granicę. Liczyłam, że wybierając anglistykę na warszawskiej uczelni, będę miała zapewnioną podobną styczność z językiem jak za granicą. I racja, wszystkie przedmioty były prowadzone po angielsku, podręczniki i materiały tylko po angielsku, dużo zajęć z tłumaczenia, dużo literatury, Szekspir w oryginale. Czego chcieć więcej?

Mówienia.

Po pół roku zajęć z fonetyki i fonologii umiałam napisać transkrypcję fonetyczną każdego trudniejszego wyrazu, bez problemu rozpoznać akcent RP i Cockney, a nawet wymienić wszystkie różnice w wymowie. Pięknie. A jednak wciąż sama nie umiałam mówić na takim poziomie, jak bym chciała. Czułam, że przy całej tej teoretycznej wiedzy brakuje mi płynności językowej. I pewności w mówieniu. Na studiach spotkałam ludzi, którzy urodzili się w Anglii czy w USA; mieszkali tam przez kilka lat lub przynajmniej bywali u rodziny; pochodzą z dwujęzycznych rodzin i mówią jak native speakerzy albo po prostu mają babcię, ciocię czy tatę anglistę, którzy od małego z nimi ćwiczyli wymowę. Choć sama nigdy wcześniej nie miałam oporów przed mówieniem, na studiach mimowolnie zaczęłam się wycofywać. Wiedziałam, że jako Polka prawdopodobnie już nigdy nie będę brzmieć jak Brytyjka, ale włączył się mój perfekcjonizm i mnie zablokował. Jak się w takiej sytuacji odblokować? Wyjechać do kraju, gdzie mówią po angielsku!

Tylko dlaczego aż do Australii?

Marzenie o Australii pojawiło się jak miałam 7 lat. To wtedy pierwszy raz odwiedziła mnie australijska część mojej rodziny- dziadkowie z piątką swoich – dorosłych już wtedy – synów. Jeden z nich miał trzy córki w moim wieku, z którymi spędziłam cudowny miesiąc w podróży po całej Polsce. Objechaliśmy wtedy starym czerwonym maluchem wszystkie większe miasta, w jednym hotelu straciłam dwie mleczne jedynki, w innym nabiłam sobie na czole guza wielkości piłki pingpongowej, gdy wyrżnęłam z rozpędu w szklaną szybę, myśląc, że nic tam nie ma. Ale głównie słuchałam z fascynacją kłótni moich kuzynek, z których nic nie rozumiałam. Zawsze wtedy przestawiały się na angielski, a we mnie rosło silne postanowienie, że ja też tak będę mówić.

Wizyty rodziny z Australii wspominam jako coś, co przenosiło mnie w zupełnie inny świat – magiczny i odległy, znany tylko z opowieści wujków, którzy letnimi wieczorami, siedząc ze mną w ogródku, podsuwali mojej wyobraźni obrazy krokodyli, kangurów, koali, rafy koralowej, oceanu i Aborygenów. No i bajeranckie słodycze, których nie było w Polsce! Do dziś pamiętam smak tej koali

”Przyleć kiedyś do nas, pokażemy Ci fajne miejsca”

Za każdym razem ponawiali zaproszenie. Ostatni raz byli w Polsce w 2013 roku, kilka miesięcy przed moją maturą. I wtedy chyba po raz pierwszy na poważnie zaczęłam rozważać opcję „robię licencjat, a potem Australia”. Obiecałam, że za 3 lata na pewno się u nich pojawię i trzymałam się uparcie tej obietnicy przez cały tok studiów. Myślałam, wyobrażałam sobie, planowałam, ale tak naprawdę do ostatniej chwili nie umiałam uwierzyć, że to może stać się prawdą. Miewałam momenty zwątpienia, a w ciągu ostatniego roku nawet porzuciłam myśli o wyjeździe. Wcale nie było łatwo podjąć ostateczną decyzję. Dlaczego – o tym w innym poście.

Koniec końców postawiłam na marzenie i we wrześniu zaczęłam załatwiać formalności. O całym procesie napiszę niebawem.

  • Kolski

    Hej!
    Niesamowicie Ci zazdroszczę 😀 ale raczej tak pozytywnie, życzę Ci wszystkiego, co najlepsze! Gratuluję odwagi oraz umiejętności podjęcia nie łatwej przecież decyzji. Cieszy mnie to, że nie tylko ja mam podobne odczucia odnośnie naszych studiów. Teoria, teoria, teoria… I tak do porzygu. Zupełnie inaczej to sobie wyobrażałem. Dlatego tym serdeczniej Ci gratuluję, że chociaż Ty odbębniłaś to, co konieczne i spełniasz swoje marzenia 🙂
    Powodzenia, czekam na kolejne wpisy!

    • Dominika

      Dobrze wiedzieć, że nie jestem sama w moich odczuciach co do studiów 🙂 Dziękuję za miłe słowa i zapraszam częściej! 🙂

  • Pingback: Znowu się wymykam. O tym, jak Tinder uratował mi życie()