życia w AustraliiCzas nieco zatrzeć cukierkowy i wyidealizowany obraz mojego życia w Australii, który może wyłaniać się z postów publikowanych przez mnie na Facebooku.

Z odległości kilkunastu tysięcy kilometrów, przefiltrowana przez obiektyw aparatu, Australia może wydawać się istnym rajem. Od lat przoduje w wielu rankingach jako najlepsze miejsce do życia i rzeczywiście nie można odmówić jej wysokiego standardu. Jednak jak wszystko na tym świecie – ma też swoje cienie.

Na co dzień widzicie moją szeroko uśmiechniętą, tryskającą optymizmem twarz. Wychodzę z założenia, że każdy przechodzi w życiu jakieś trudności, boryka się ze swoimi problemami, nie ogłaszając ich całemu światu i jest to normalna część naszej egzystencji. Mojej również, dlatego wolę dzielić się z Wami tym, co pozytywne. Zalewam Was kolorowymi zdjęciami i lekkimi, wesołymi opisami. Można przez to odnieść wrażenie, że moje życie tutaj to sielanka, działająca na zasadzie ″wrzuć pieniążek i dostaniesz wszystko, czego potrzebujesz″.

Raz na jakiś czas faktycznie tak to działa. Mam dużo więcej szczęścia niż przedtem. Spotykam życzliwych ludzi. Jestem spokojniejsza, odcięta od starych źródeł stresu, samodzielna i asertywna. Ogólnie zadowolona.

Jednak nie chcę kreować fałszywej wizji, że wszystko tu idzie mi z górki. Raz na jakiś czas szczęśliwy automat, kierujący moim życiem zacina się i sprawy zaczynają się komplikować. Mało kto wie, że często nocami, leżąc samotnie w łóżku, płaczę, przepełniona po brzegi niepokojem, tęsknotą i strachem przed tym, co będzie dalej.

Zacznijmy od tego, że Australia to cholernie drogie miejsce do życia. Jak już się tu jest, to pół biedy – mając pracę, można spokojnie zarobić na swoje utrzymanie. Dużo droższe natomiast jest znalezienie sposobu na to, żeby móc w tym kraju BYĆ. Po kilku miesiącach spędzonych w Australii widzę, że to miejsce dla ludzi ustawionych finansowo i do tego cierpliwych. Nie da się tak po prostu przyjechać tu, zapłacić za wizę i zostać. Czekanie na wizę stałego pobytu to skomplikowany, kilkuetapowy proces, trwający nawet 6-7 lat i kosztujący kilka tysięcy dolarów.

Najłatwiejszą drogą dla młodych ludzi jest edukacja, jednak i tu przede wszystkim trzeba mieć pieniądze. Roczny kurs w mojej szkole kosztuje 7 tysięcy dolarów, a to i tak nie najwyższa cena. Do tego dochodzi ubezpieczenie zdrowotne za 800 dolarów oraz wiza za 550 (i to tylko przy pierwszej aplikacji. Za każdą kolejną zapłacimy ok. 1300 AUD). Co daje prawie 25 tysięcy złotych za samą możliwość przebywania na terenie Australii.

Kwestie finansowe są tu jednym z głównych zmartwień studentów. Bardzo często w rozmowach przewija się temat pracy, zarobków, liczby godzin w tygodniu i obaw, czy wystarczy ich, żeby opłacić kolejną ratę za szkołę. Wielu z nich przyleciało tu za własne oszczędności, podążając za swoim marzeniem o odległej Australii i nowym, lepszym życiu.

Z całą pewnością ludzie, których tu spotykam, to ludzie odważni. I choć teoretycznie jestem jedną z nich, to nigdy o sobie w ten sposób nie myślałam. Dla mnie od początku wyglądało to tak, że miałam sobie marzenie, które wiedziałam, że będzie wiązało się z trudnymi decyzjami, bolesnymi rozstaniami i koniecznością generalnego uporządkowania swoich priorytetów. Jednak zawsze patrzyłam na to jako na naturalną konsekwencję mojego postanowienia.

A teraz poznaję ludzi z całego świata, którzy mieli dokładnie to samo marzenie i przeszli podobną drogę, by je spełnić. Zostawili swoich bliskich i niejednokrotnie musieli zrezygnować ze związków, mimo że obie strony były zakochane. Nie jest to łatwe i sama wciąż odczuwam bolesne skutki złamanego serca. Niewielu ludzi ma to szczęście, by móc jednocześnie realizować siebie poprzez tak ekstremalny pomysł jak wyjazd do Australii i utrzymać związek na odległość. Zazwyczaj trzeba wybierać. Coś za coś. I zdradzę Wam, że wielu moich znajomych zadaje sobie pytanie, czy ta cała Australia naprawdę była tego warta.

To jest właśnie ta fasada bajkowego życia w Australii. Z zewnątrz życie jak w raju – piękne plaże, słońce przez cały rok, stabilna sytuacja ekonomiczna, różnorodność kulturowa, egzotyka, uśmiechnięci ludzie na ulicach. Wewnątrz – pustka, tęsknota, utrudniony kontakt z bliskimi przez różnicę stref czasowych, frustracja, samotność, brak prawdziwych, długoletnich przyjaciół, niepewność. Życie na emigracji. Wiem, że dotyczy to nie tylko mnie. Dlatego patrząc na innych, którzy podjęli tę samą decyzję, widzę ogrom ich odwagi i determinacji. Trzeba mieć jaja, żeby skoczyć na tak głęboką i odległą wodę.

Robię tu rzeczy, których nigdy nie robiłam w Polsce. Załatwiam wszystkie sprawy urzędowe, rozliczam się z podatków, mam nawet konto emerytalne. Sama załatwiam formalności związane z nową wizą. Dwa dni temu przeszłam dwugodzinny internetowy proces aplikacyjny, załatwiłam sobie nowe ubezpieczenie i kurs. Za chwilę czekają mnie kolejne zmiany – przeprowadzka, szukanie nowej pracy. Dużo się wokół dzieje, a ja mimo wewnętrznych obaw, czy warto i zżerającej po nocach tęsknoty, brnę dalej. Ciągle do przodu, nie wiedząc do końca, co mi to przyniesie. Zwłaszcza, że – paradoksalnie – zaczynam tęsknić za tym, od czego chciałam uciec. W obliczu powierzchownych relacji, które tu nawiązuję, brakuje mi Warszawy i życia, które tam miałam. Tęsknię, ale jednocześnie bałabym się wrócić. Kurczowo trzymam się wspomnień i wątpię, czy Australia kiedykolwiek stanie się moim prawdziwym drugim domem. Brakuje mi Włoch i kontaktu z włoskim. Brakuje mi ich temperamentu i wyjątkowego klimatu tego kraju. Dlatego na razie żyję z dnia na dzień, ciekawa tego, jak będę się czuła za rok. Moja nowa wiza wygasa w listopadzie 2018 r. i szczerze mówiąc, sama myśl o tym, że nie będę się widzieć z moją rodziną przez prawie dwa lata, wywołuje u mnie niemożliwe do opisania uczucie niepokoju. Boję się, że stracę wszystko, co mam. Przyjaciół, znajomych. Że nie będę miała do czego wracać.

Mimo wszystkich obaw wiem, że doświadczenie, które tu zdobywam, jest bezcenne.

  • Fasolka

    Jesteś bardzo odważna i powinnaś byś z siebie dumna. Nic dziwnego, że masz takie obawy i tęsknisz za rodziną, przyjaciółmi. Jednak wszystko wymaga czasu i cierpliwości. Spełniłaś swoje marzenie i rób to dalej 🙂 Jesteś inspiracją i motywacją. Wszystko wyjedzie na dobre ale na pewno sama o tym dobrze wiesz. Pozdrawiam cieplutko :* !!!

  • Jestem Kacha

    Podziwiam Twoją odwagę i doceniam szczerość 🙂 Nie bój się pisać o smutnych rzeczach, może lepiej się nimi z kimś podzielić, wtedy będzie łatwiej? Nie pozwól, by pesymistyczne myśli zajmowały Ci głowę! Trzeba iść naprzód! Nie ma czego żałować, wszystko co Ciebie spotkało- dobre i złe chwile- dały Ci wspomnienia i doświadczenie ( i to w jak pięknym i egzotycznym kraju :D). Może czas się rozejrzeć za tą bratnią duszą, dać szansę miłości <3 ? Życzę powodzenia i przesyłam moc uścisków! trzymam kciuki i czekam na kolejne posty 🙂

  • Bardzo ciekawy inny punkt widzenia 😀 przyznam sie ze zamierzam rowniez odwiedzic te strone Swiata 😀