Category

AUSTRALIA

Category

studia w Australii
Jeśli komuś wydaje się, że studia w Australii to tylko wymówka i alibi, pozwalające do woli zwiedzać i przy okazji zarobić może trochę grosza (wiza studencka pozwala pracować na pół etatu), to mocno się myli. Ja popełniłam ten błąd i pierwsze dwa tygodnie spędziłam zupełnie beztrosko – na plażowaniu, oswajaniu miasta i spaniu do południa. Mimo że zajęcia zaczęłam już pięć dni po przyjeździe, dopóki nie zajrzałam na platformę internetową, nie podejrzewałam żadnego ryzyka.

Błąd.

Jest 5 rano i mam za sobą kolejną zarwaną noc, i to nie z powodu jetlagu, czy życia Waszą strefą czasową (często nocami rozmawiam z rodziną i przyjaciółmi, wykorzystując to, że u Was jest dzień), ale właśnie z powodu szkoły. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, ile pracy i czasu będzie mnie ona kosztować. A także pieniędzy, jeśli nie zrobię kolejnych zadań w terminie.

życie w australii australian postcards sheila slangŻycie w Australii zaskakuje. Jestem tu zaledwie dziesięć dni, ale już kilkadziesiąt razy szeroko otworzyłam usta ze zdziwienia na australijską rzeczywistość. Przyznam bez bicia, że niezbyt pilnie się przygotowałam do tej podróży. Wszystko, co w związku z nią robiłam, odbywało się raczej spontanicznie – wybór miasta, college’u, kursu – co się do mnie uśmiechnęło, to brałam, bez głębszego analizowania. Jedynym kryterium wziętym przeze mnie pod uwagę była pogoda, która na przykład w Melbourne jest bardzo kapryśna i zmienia się nawet kilka razy w ciągu dnia. Zazwyczaj przed każdą wyprawą sporo czytam o miejscu, do którego się udaję, jednak tym razem pomyślałam, że będę miała na to dużo czasu tutaj. Postanowiłam dać Australii się zaskoczyć. W końcu to też frajda odkrywać ten egzotyczny świat samemu, nie mając w głowie lampki, zapalającej się na widok czegoś, o czym wcześniej czytało się w internecie.

I takim sposobem jestem zaskakiwana na każdym kroku.

Beach plaża Australia gold coast ocean australian sand piasekGold Coast. Ta nazwa mówi sama za siebie. Słońce, złocisty, miękki piasek i ciepły, lazurowy ocean, po którym przesuwają się spienione fale. Na plaży przystojni ratownicy, a na falach opaleni surferzy. Przez chwilę czuję się, jakbym była statystką w serialu Na wysokiej fali, tylko brakuje kamer. To wszystko dzieje się naprawdę i jest częścią codziennego życia Australijczyków.

Gold Coast jest szóstym co do wielkości miastem Australii, położonym godzinę drogi na południe od Brisbane i najpopularniejszym celem turystów z całego świata. Subtropikalny klimat sprawia, że słońce tu świeci przez około 300 dni w roku, a średnia temperatura roczna wynosi 25°C w ciągu dnia i 17°C w nocy.

 

australia lot podróżRodzina odwiozła mnie na lotnisko. Pożegnałam się, przytuliłam, popłakałam, sto razy jeszcze się odwróciłam, żeby pomachać, po czym wsiadłam do samolotu i odleciałam. Nie było łatwo patrzeć na łzy mamy, siostry, przyjaciółki, ale przecież nie wyjeżdżam na zawsze. Chyba. Tak trudno uwierzyć, że to już. Jeszcze niedawno były dwa miesiące do wyjazdu i nawet nie potrafiłam go sobie wyobrazić. Niby wiedziałam, że wszystko już załatwione, bilet kupiony, ale sama wizja była tak odległa i nieokreślona, że niemal nierealna. A teraz się urealniła. Lecę. I tak przez najbliższe 26 godzin, aż znajdę się na drugim końcu świata. W świecie moich marzeń.

Nie wierzę, że spełnianie marzeń jest takie proste i tak naprawdę zależy od jednego naszego „tak”.

Gdy wspominam komuś o Australii, najczęstszą reakcją jest pełne zaskoczenia: ”Nie boisz się?!”

No pewnie, że się boję.

Mnóstwa rzeczy.

Po pierwsze tego, że nawet tam nie dolecę. Panicznie boję się latać i paradoksalnie – każdy kolejny lot w moim życiu ten strach wzmaga. Zawsze wsiadam do samolotu w przeświadczeniu, że to będzie ten pechowy, jeden na miliard, który rozbije się, spłonie, straci silnik, zderzy się z innym, czy po prostu zniknie w przestworzach. Przy najmniejszych turbulencjach ściska mnie w żołądku, a w myślach zaczynam robić rachunek sumienia. Tak, ta przerażona dziewczyna z różańcem w ręku, pytająca wszystkich wokół, czy nie spadamy, to ja. Wśród ofiar mojej paniki znalazła się już pewna starsza pani, dwóch Wietnamczyków, trochę młodsza pani, włoski ksiądz i chłopak z gitarą*. Może być ktokolwiek, byle niech do mnie mówi, a jeśli mamy ginąć, to chociaż w towarzyskiej atmosferze.

Dzisiaj trochę o tym, dlaczego lepiej nie igrać z australijską służbą graniczną oraz co robić, żeby jej się nie narazić.

Australia jest dość hermetyczna, szczególnie gdy chodzi o nowe gatunki szkodników i potencjalne choroby, które turysta mógłby wwieźć na ich kontynent. Bardzo pilnują tego, żeby ich unikalne środowisko, rolnictwo i turystyka nie zostały zdewastowane. To nic, że ich unikalne szkodniki pewnie szybciej zdewastują Ciebie, i tak każdy przekraczający granicę australijską musi zadeklarować do inspekcji wszystkie artykuły żywnościowe, roślinne i pochodzenia zwierzęcego, aby w razie potrzeby je odkazić i unieszkodliwić. Zaś te, które stwarzają ryzyko przeniesienia choroby czy szkodników, są konfiskowane i niszczone przez Australijski Urząd d.s. Kwarantanny i Inspekcji (Australian Quarantine and Inspection Service).

dlaczego australia
”Kończę licencjat i lecę do Australii”

Każdy, kto mnie trochę zna, prawdopodobnie usłyszał to zdanie z moich ust. Na studiach powtórzyłam je setki razy. Było moim jasnym punktem przyszłości – marzeniem, nadzieją, motywacją. Zawsze patrzyłam z podziwem na ludzi, którzy potrafili zostawić wszystko, wyjść poza schemat i podróżować, spełniać swoje marzenia. Chciałam robić to samo. Chciałam być samodzielna, odważna i poznawać świat. Choć w liceum miałam jeszcze dość ograniczone możliwości, robiłam wszystko, żeby przeżywać jak najwięcej. Wyjeżdżałam sama na kursy językowe w Anglii, 30-kilometrową trasę do szkoły – ku przerażeniu i protestom mamy – regularnie pokonywałam autostopem, i jarałam się, gdy podwiozła mnie jakaś rodzina z Manchesteru. Liczyła się każda okazja do poznania nowych ludzi, bo każda znajomość pokazywała, jak wiele jest sposobów na życie, inspirowała.