Byron Bay miasto muzyki, hipisów i wolnościCheer up, slow down, chill out – takim napisem wita nas Byron Bay. Najdziwniejsze i zarazem najbardziej fascynujące miejsce, w jakim byłam. Miasto, w którym czas się zatrzymał w latach 60-tych. Miasto wibrujące muzyką, spokojem i wolnością. Miasto współczesnych hipisów.

Chill out

Zamykam oczy i wsłuchuję się w łagodną muzykę tego miejsca, dochodzącą z każdego rogu ulicy. Mieszanka leniwego bluesa i jazzu, melodyjnego rocka i reggae, gdzie wszystko tworzy harmonijną całość. Chciałoby się zatrzymać tę muzykę dla siebie, ale Shazam tym razem nie pomoże. Większość kawałków to własne kompozycje gitarzystów i trzeba przyznać, że całkiem utalentowanych.

Slow down

Nagle w jednej z piosenek rozpoznaję rytm cha-chy. Zaczynam sobie tańczyć, jednocześnie zbliżając się do przejścia dla pieszych. Chociaż jestem jeszcze kilka metrów od niego, nadjeżdżający samochód już zwalnia, żeby mnie przepuścić. I to nie raz. Tam kierowcy się nie spieszą. Przepuszczają mnie nawet, gdy nie przechodzę po pasach.

Cheer up

Aura tego miejsca sprawia, że nagle wszystkie zmartwienia i niepokoje, z którymi przyjechałam, odpływają. Czuję się zrelaksowana i radosna. Bo całe Byron Bay właśnie takie jest – nieśpieszne, lekkie i kolorowe. Od ludzi emanuje spokój. Czuję się bezpiecznie. Aż trudno uwierzyć, że jest środek tygodnia, godzina 22.

Ulice są pełne ludzi, ale nie jest gwarno. Lokalne knajpki wciąż są otwarte, ale nie słychać żadnych krzyków ani przekleństw. Jedyne, co stamtąd dobiega to muzyka. Miękka, odprężająca muzyka. Wszędzie widać kolorowe, zwiewne ubrania. Piękne dziewczyny na ulicach wyplatają wisiorki, pacyfki i rzemyki. Połowa mieszkańców miasta chodzi boso. W pewnym momencie mija mnie grupka osób w piżamach. Patrzę na nich, patrzę i zamiast pomyśleć „co za dziwacy”,  myślę sobie „ej, zajebista piżama” i zaczynam się zastanawiać, gdzie można taką kupić.

Tuż za nimi idzie dziewczyna w karnawałowej masce. I co z tego, że jest jedyną osobą w karnawałowej masce? Może w jej świecie trwa wieczny karnawał. To właśnie magia Byron Bay – każdy może być kim chce. Nikt nikogo nie ocenia. Można odrzucić wszelkie pozory i dać się ponieść pozytywnym wibracjom. Myślę, że każdy ma w sobie coś z hipisa – tę dziką, wolną cząstkę natury, która tu właśnie może rozkwitnąć.

Siadam na drzewie, które w Australii często służy mi jako ławka. Na innym siedzi dwóch bezdomnych panów hipisów. Spokojnie sobie rozmawiają, czasami podśpiewują. W pewnym momencie zagadują przechodzącą parę, pytając o papierosa. Dziewczyna bez cienia strachu czy rezerwy, częstuje ich swoimi, po czym zamienia jeszcze kilka słów.

Chwilę później mija mnie chłopak ubrany w czarną, długą bluzę z doszytym z tyłu poszarpanym ogonem. Sympatycznie się do mnie uśmiecha. Po kilku minutach wraca z ananasem. Znowu się uśmiecha i idzie dalej.

W dół stromej ulicy zjeżdża dziewczyna, typ tej z sąsiedztwa. Rozmawia przez telefon. Inna jedzie na rowerze, paląc papierosa. Sprzedawczyni w sklepie trzyma jednego wetkniętego za ucho. Pełen relaks.

Czas coś zjeść. Spośród dziesiątek klimatycznych knajp, na lunch wybieram meksykańską, a na kolację tajską. Wszędzie jedzenie smakuje świetnie i jest tanie. W wielu lokalach działa zasada BYO (bring your own), która pozwala pić przyniesiony przez siebie alkohol. Jedynym haczykiem jest to, że za każdą butelkę zostanie doliczona opłata w wysokości dwóch dolarów, ale i tak koszty wychodzą niższe, a właściciele restauracji czasami przymykają oko i ostatecznie nie pobierają opłaty.

Byron Bay to miasto przyjazne weganom oraz wegetarianom, a także oferujące dużo organicznych produktów. W końcu czym byłby ruch hippie bez bliskiego kontaktu z naturą ♥

A natura w Byron Bay jest zachwycająca. Znajdziemy tam malowniczą plażę oraz kilkukilometrowy szlak prowadzący przez park narodowy, tuż nad brzegiem oceanu, którym dojdziemy do Przylądku Byrona (Cape Byron). Stanowi on najbardziej wysunięty na wschód punkt Australii (The Most Easterly Point of Australia Mainland).Byron Bay miasto muzyki, hipisów i wolnościByron Bay miasto muzyki, hipisów i wolności

Byron Bay miasto muzyki, hipisów i wolnościByron Bay miasto muzyki, hipisów i wolności

Dotarłam tam tuż przed zmrokiem. Po drodze miałam okazję podziwiać jeden z piękniejszych zachodów słońca w moim życiu, jednak i tak najbardziej niesamowity był moment, w którym stanęłam przed ciągnącym się w dal oceanem ze świadomością, że dalej już nie ma nic. Że to miejsce, w którym woda łączy się z niebem i ciągnie się tak przez ponad 11 tysięcy kilometrów aż do Ameryki Południowej. W linii prostej – aż do Chile.

Stałam więc na tym stromym klifie, malutka wobec ogromu bezbrzeża. Oniemiała z wrażenia, słuchałam wściekle rozbijających się o skały fal, choć gdy obserwowało się ich drogę przez ocean, miało się wrażenie, że są zupełnie spokojne i niegroźne.Byron Bay miasto muzyki, hipisów i wolności

Spacer powrotny też był wyjątkowy. Ciemność, gęste drzewa, nade mną gwiazdy. Tysiące jasnych gwiazd, a wśród nich wyraźnie widoczna Droga Mleczna. Trochę niżej, bo jakieś dwa metry nad głową – największe na świecie nietoperze (flying foxes), a dookoła w krzakach głośno rechoczące jadowite ropuchy (cane toads).

Z nimi też wiąże się ciekawa historia, bowiem zostały wprowadzone na teren Australii w celu wytępienia chrząszczy. Importowanych zostało tylko 100 sztuk młodych ropuch, które szybko rozmnożyły się, osiągając liczbę 200 milionów, wykształcając dodatkowo dłuższe nogi, dzięki którym pokonują długie dystanse i powoli zajmują cały teren Australii. W efekcie, chrząszcze zostały, a jad ropuch jest wystarczająco silny, żeby trzymać je z dala od wszelkiego zagrożenia.

Bojąc się, że nie będę umiała opisać niezwykłego klimatu Byron Bay, postanowiłam jeszcze przed wyjazdem zrobić sobie krótki spacer po mieście i ostatni raz zanurzyć się w to utopijne, hipisowskie życie.

Idę sobie uliczką, obserwując grupkę bezdomnych, siedzących na ziemi na deskach surfingowych, aż nagle zatrzymuje się przed nami biała, obdrapana ciężaróweczka z kozą w środku i kierowcą o wyjątkowo farmerskim akcencie:
– Hi mate! D’ya know where I can find sum grass for my goat?! He is really hungry! He also has a sore foot, d’ya have sum ice for it?

Zamrugałam z niedowierzaniem, gdy dotarło do mnie, że „grass” to zioło, a „ice” to metamfetamina.

Panowie bezdomni jednak nie wykazali się gościnnością, każąc podróżnemu spier*alać razem ze swoją głodną, obolałą kozą.

I takie to Byron Bay. Miasto, w którym na skorzystanie z toalety miejskiej masz 10 minut, a oznajmia Ci to śpiewny głos, przechodzący chwilę później w beztroską melodię piosenki „What the world needs is love”.

Więcej nic nie trzeba dodawać.Byron Bay miasto muzyki, hipisów i wolności

Byron Bay miasto muzyki, hipisów i wolnościByron Bay miasto muzyki, hipisów i wolnościByron Bay miasto muzyki, hipisów i wolnościByron Bay miasto muzyki, hipisów i wolnościByron Bay miasto muzyki, hipisów i wolnościByron Bay miasto muzyki, hipisów i wolnościByron Bay miasto muzyki, hipisów i wolności

 

  • Sebek Inzynier

    Jak zawsze dobrze się czytało aż trochę mnie głupio że znowu to ja jestem jednym z pierwszych co zostawiają komentarz.Cóż inni niech żałują. Zastanawia mnie skąd u Australijczyków i Amerykanów taki luz w podejściu do życia. Skąd u nich ta życzliwość.Czy to komunizm u nas w Ojczyźnie wykreował taką barierę w świadomości żeby nie być luzakiem co chodzi w kolorowych ciuchach albo jak ta panna z karnawałową maską? Może to katolicyzm lub celowo wpajane przez poprzednie pokolenia zasady,może bieda.A właśnie, Czy ciebie tam żaden facet nie podrywa?Ktoś ci robi przecież zdjęcia,chyba że automatycznie.A jak to jest z Australijkami? Chodzi mnie o relacje damsko-męskie,podryw,kwiatki,teksty w stylu czy masz samochód a jak Polka to pewnie łatwa itd.Ciekawe czy są takimi materialistami jak Chinki-Musisz mieć mieszkanie bo żadna na ciebie nie spojrzy.Czy Australijczycy też mają złe zdanie o Polakach tak jak Anglicy? Odkąd zacząłem czytać twego bloga coraz bardziej myślę aby z domu wyjść i zacząć gdzieś nowe życie.No ale to nie na mój portfel i wiedzę Eh… Póki co podziwiam twoje zdjęcia.Widziałem cię na desce.Rozumiem że to był trening przed wyprawą do Chile ;D Rekonesans najdalszego zakątka wysuniętego na wschód już zrobiłaś.No no jakaż ambitna.Wyobraźnia mnie działa. Czy w Australii jest jakiś odpowiednik polskojęzycznego czatu tj.na Niemieckim Onecie,Interii itd.