australia zaskakujeCześć wszystkim! Wpadłam napisać, że Australia nie przestaje zaskakiwać. Kolejne dwa tygodnie pobytu przyniosły sporo nowych odkryć. Coś pokochałam, z czegoś się pośmiałam, czegoś przestraszyłam.

POKOCHAŁAM

Mango

australia zaskakuje

Soczyste, pełne smaku, rosnące w przydomowych ogródkach. W Polsce jakoś nigdy nie byłam fanką świeżych mango. Nie odpowiadał mi ich specyficzny, momentami zbyt sztuczny smak. Tutaj się w nich zakochałam. Wcinam mango na śniadanie, deser i kolację. Najprzyjemniejsze jest obgryzanie pestki. Kiedy sok ścieka Ci po palcach, a miąższ rozpływa w ustach.

W Australii mango to jeden z najpopularniejszych owoców. Sezon na nie zaczyna się w grudniu i trwa aż do marca. Dodaje się je do wszystkiego, zjada na słodko i na wytrawnie. Dostępnych odmian jest prawie dziesięć, a różnice w smaku są wyraźnie wyczuwalne. Jedne mają miodową słodycz, inne są bardziej orzeźwiające, trzecie z kolei miękkie i rozpływające w ustach. Najbardziej zaskoczyło mnie mango kupione na przydrożnej farmie, które przez pierwsze kilka sekund miało słodki, przyjemny smak, a tuż przed przełknięciem zaskakiwało mocnym, cytrynowym zastrzykiem kwaśności.

Moimi faworytami są Mango Honey Gold, Pearl i Kensington Pride.

Liczi

W Australii można znaleźć 16 odmian liczi. Najwięcej ich rośnie w stanie Queensland i New South Wales. Najlepsze są te prosto z drzewa. Po zerwaniu już nie dojrzewają, więc trzeba wyczuć odpowiedni moment.

Wilgotne, słodkie, delikatne. Podobne do winogron, ale bez denerwujących małych pestek i z bardziej aksamitnym miąższem.
Fun fact: obieranie liczi mnie relaksuje. Lubię przebijać się paznokciem przez ich cienką, kruchą skórkę i po chwili wyłuskiwać owalną, perłową galaretkę.

CityCats

Czyli miejskie promy, funkcjonujące jako publiczny środek transportu. Ich trasa liczy 25 przystanków i można przepłynąć nimi w dowolne miejsce wzdłuż całej rzeki za ok. 2 dolary. Mają też niezłą prędkość – dobijają do 60 km/h.

Najprzyjemniejsze są nocne rejsy, kiedy słońce już nie parzy i spokojnie można podziwiać rozświetlone wieżowce i kolorowe mosty Brisbane.

POŚMIAŁAM SIĘ

Czytając australijskie nazwy miast i dzielnic Brisbane, takie jak: Woolloongabba, Mooloolah, Beerburrum, Murrumba, Kallangur, Bundamba, Ebbw czy Indooroopilly.

Zapamiętuję to tylko dzięki skojarzeniom. Indor, pigułka, piwo, kangur, mamba. Jakoś idzie…

Z drzew, które wyglądają jak skrzyżowanie buraka z mandragorą.

I z kwiatów, które wyglądają jak ptaki.

PRZESTRASZYŁAM SIĘ

Tego, że po miesiącu wciąż nie rozumiem australijskiego akcentu! Naprawdę, nie wiem, jak to się dzieje, ale ni w ząb mi to nie idzie. Nigdy wcześniej nie miałam takich problemów – w Anglii rozumiałam każdego, w innych europejskich państwach też, mimo różnych akcentów, a tutaj w każdej kawiarni i supermarkecie muszę trzy razy prosić o powtórzenie, bo ich „How was your weekend” brzmi jak wers Macareny. Dzieje się tak dlatego, że wiele wyrazów skracają, nie wymawiając końcówek. Trochę kłopotliwe…

Z drugiej zaś strony, boję się, że niedługo przejmę ich dyftongi. U nich „white” i „wait” brzmią tak samo – /waɪt/.
Już nieraz złapałam się na pokusie wymówienia „anyway” jako/’ɛnɪw/, albo tak popularnego u nich „mate” jako /mt/.

Australijski jest fajny, ale wolę chyba zostać przy standardowej wymowie 😉

  • michau

    Super się czyta, ja tworzę sobie namiastkę Australii uprawiając cytrusy, bananowce i właśnie strelicje 😛