Gdy pierwszy raz zdarza się każdego dnia - mój australijski 2017Ach! Co to był za rok… Rok pełen wyzwań, pokonywania własnych słabości i stawiania sobie poprzeczki wyżej niż kiedykolwiek. Rok, w którym nie było miejsca na choćby chwilowe odpuszczenie i załamanie rąk. Zamiast tego były one ciągle w pozycji do walki, zaciśnięte w pięści, gotowe na przyjęcie i oddanie ciosów.

Był to rok, w którym udowodniłam sobie bardziej niż kiedykolwiek, że jeśli trzeba, to stawię czoła wszystkiemu. Dwanaście miesięcy, podczas których radość i ekscytacja mieszały się z przeszywającą na wskroś samotnością i strachem. Nie mogę uwierzyć, że naprawdę wyruszyłam w tę drogę i maszeruję po niej dalej, i to z jakby coraz większą lekkością i wiarą w siebie. Bo wiecie, punkt wyjścia był naprawdę fatalny. I ja byłam inna. Ale pamiętacie mój post z zeszłego Sylwestra? (KLIK) Po serii najgorszych koszmarów postanowiłam, że w rok 2017 wejdę z optymizmem. Mimo że nie wiedziałam, co przyniesie i wcale nie byłam taka pewna pozytywnego scenariusza. Właściwie to czułam się zupełnie wypalona i zniechęcona. A przy tym nie miałam innego wyjścia niż zmotywować się do walki. Australia już czekała, a wraz z nią prawdziwy sprawdzian z życia. Przylatując tutaj, musiałam pokonać wiele granic nie tylko geograficznych, ale przede wszystkim psychicznych. Istniejących wyłącznie w moim umyśle i blokujących mnie przed działaniem.

Gdy pierwszy raz zdarza się każdego dnia

Jeśliby zrobić listę wszystkich rzeczy, których spróbowałam tu po raz pierwszy, znalazłoby się po jednej na każdy dzień. Ekscytacja, ciekawość, nowe doświadczenia. To one każdego dnia odrywały mnie coraz bardziej od depresyjnych myśli i bólu po skończonym związku, który tym samym otworzył wszystkie inne rany z przeszłości. W ciągu dnia się odrywałam, zapominałam, dawałam się porwać nowym przeżyciom, ale po nocach jeszcze dłuuugo, długo płakałam. Co tu dużo mówić, czułam się potraktowana jak gówno, a wszystkie uczucia, których doświadczyłam tak szczerze i intensywnie po raz pierwszy, zostały zdeptane i potraktowane bez najmniejszego szacunku. Trudno było odzyskać ideały i wiarę w dobre intencje drugiego człowieka i cały ten rok upłynął mi pod znakiem ostrożności. Ponownie nauczyłam się polegać wyłącznie na sobie, walczyć z rozczarowaniem i powracającym bólem. I tak, jak w Polsce miałam skłonności do unikania tego, co nazywamy „dorosłym życiem” i uciekania od odpowiedzialności, tak tutaj nie mogłam sobie na to pozwolić. Musiałam brać sprawy w swoje ręce i się konfrontować. Przede wszystkim z ludźmi. Śmieszna sprawa, bo zawsze się ich bałam. Odkąd w gimnazjum doświadczyłam ponadprzeciętnej niechęci, szyderstwa i nienawiści, tkwiło we mnie to przekonanie, że ludzi należy unikać – po prostu nie wchodzić im w drogę, starać się być jak najbardziej neutralną i przezroczystą, a już na pewno o nic nie prosić. Rozmawiać, żartować, uśmiechać się, ale polegać tylko na sobie i nie sprawiać problemów. Tutaj musiałam zacząć walczyć o swoje. Dyskutować z szefem, rozwiązywać konflikty, zamieniać się na zmiany, brać chorobowe, ponosić konsekwencje spóźnień i wszelkich niedociągnięć. Niby nic, ot, zwykłe dorosłe życie, a jednak w Polsce unikałam go jak tylko mogłam.

I jakkolwiek komicznie to nie brzmi – niejednokrotnie musiałam opuszczać swoją strefę komfortu. Wystawiać się na próbę, zmuszać do pokonywania uprzedzeń. Tu mam na myśli szczególnie jedną rzecz. Nauczyłam się odbierać telefony, czego nienawidziłam i panicznie się bałam, zwłaszcza w Australii. Najbardziej absurdalne było szukanie pierwszej pracy. Rozsyłałam cv, po czym dostawałam dziesiątki telefonów zwrotnych, których nigdy nie odbierałam. Po prostu wyciszałam dzwonek i udawałam, że wcale nie tracę kolejnej szansy na rozmowę kwalifikacyjną. Słowo daję, że za nic nie mogłam się przełamać. Odpowiadałam tylko na smsy.

A teraz wyobraźcie sobie, że dostaję pracę we włoskiej restauracji, w której telefon z rezerwacjami dzwoni non stop, każdego dnia. Pierwszy tydzień – masakra. Modliłam się, żeby inne dziewczyny dobiegły do niego szybciej, zwłaszcza, że w tym samym czasie obsługujemy już klientów, jest gwarno, tłocznie i głos dobiegający ze słuchawki jest tym najmniej słyszalnym. Sytuacja najgorsza z możliwych. No ale w końcu nadeszły dni, podczas których na zmianie byłam tylko ja. Sama ze swoją paniką. A gdy nie ma innego wyjścia – trzeba zacisnąć zęby, zracjonalizować strach i po prostu to zrobić. Potem doszły wszelkie telefoniczne rezerwacje wizyt lekarskich, a nawet nagrywanie wiadomości głosowych po angielsku na WhatsAppie. Wiem, jestem głupia.

Australia nauczyła mnie odpowiedzialności, gospodarowania czasem i pieniędzmi. Po zwolnieniu się z pierwszej pracy, w której nie szanowali naszego wysiłku, zatrudniali zdecydowanie za mało pracowników i płacili niezgodnie z prawem, zmieniłam też mieszkanie i zaczęłam kolejny australijski mini rozdział. Poznając innych ludzi i orientując się w rozmowach z nimi, że tylko ja godzę się na zaniżoną stawkę, postanowiłam zaryzykować i znaleźć coś z uczciwymi warunkami. Udało się, rozpoczęłam dwie nowe w tym samym czasie. A praca na dwie zmiany nauczyła mnie z kolei wytrzymałości i uporu.

Podróże i doświadczenia

Po raz pierwszy byłam całkowicie odpowiedzialna za każdy etap wszelkich moich australijskich wojaży. Pierwszy raz spałam w wieloosobowym hostelu backpackerskim, pierwszy raz rezerwowałam wszystkie loty, wycieczki, atrakcje. Pierwszy raz byłam przewodnikiem dla kogoś innego, z całą związaną z tym odpowiedzialnością. Nurkowałam w otwartym oceanie, pływałam pomiędzy Rafą Koralową, oglądałam dzikie krokodyle. Karmiłam kangury (jak one liżą!), przytulałam koale, jeździłam po plaży samochodem z napędem na cztery koła, jadłam świeżo złowione olbrzymie krewetki i łowiłam małże. Latałam helikopterem nad Sydney, jadłam kolację w restauracji w słynnej Sydney Opera House, spacerowałam ulicami zupełnie boso, pierwszy raz zapaliłam marihuanę, zapisałam się na kurs salsy i pokochałam bachatę. Prowadziłam sportowe BMW w ruchu lewostronnym na czteropasmowych ulicach i gdy trzeba było gdzieś skręcić, przecinałam je wszystkie niczym nieustraszony zawodowiec (nigdy nie prowadziłam w Warszawie ani żadnym innym dużym mieście), wspięłam się na historyczny most Brisbane, poznałam ludzi z całego świata. Pracowałam z Tajami, Chińczykami, Wietnamczykami, Japończykami, Koreańczykami, Hindusami, Indonezyjczykami, Włochami, Brazylijczykami i Australijczykami. O każdej kulturze dowiedziałam się czegoś nowego. Spróbowałam tysiąca nowych potraw. Nauczyłam się przyrządzać steka z kangura. Zajadałam się świeżymi ostrygami do porzygu (dosłownie). Spróbowałam kurzych serc w koreańskiej restauracji i jęzorów wołowych, które też samodzielnie ugrillowałam. Zakochałam się w japońskim Ramenie i wietnamskim Pho. Odwiedziłam słynną Bondi Beach i byłam w najbardziej wysuniętym na wschód punkcie Australii. Grałam piknikującym ludziom na publicznym pianinie, a mój film trafił na jedną z grup Brisbane. Nauczyłam się doceniać siebie i swoje ciało. Sprawiać sobie małe i większe przyjemności. Wynagradzać za ciężką pracę. Po raz pierwszy w życiu poszłam na profesjonalny masaż, na który teraz chodzę w miarę regularnie. Książki w tym roku czytałam głównie po angielsku i włosku. Obejrzałam kilkanaście włoskich filmów. Zaprzyjaźniłam się ze świetną grupą Włochów. Znalazłam swój mały włoski zakątek w Australii. Powoli, krok po kroku, przypomniałam sobie, czym jest szczęście.

Pracowałam całą Wielkanoc, całą Wigilię i 15 godzin w Sylwestra. Z rodziną widziałam się tylko na Skypie.

Wysłałam ze trzydzieści australijskich pocztówek, sama też dostałam kilka, za co bardzo dziękuję.

Mojego bloga odwiedziło ponad 25 tysięcy użytkowników, w ponad 50 000 odsłon.

Na fanpage’u zostało ze mną 3407 osób, którym również chcę podziękować za obecność i cierpliwość w czytaniu moich przydługich postów, za wyrozumiałość wobec nieśmiesznych żartów i zbyt egzaltowanych opisów, przeprosić za moją nieregularność i zbyt małą ilość zdjęć. Gdyby nie Wy, nie miałoby to sensu <3

Zapomnijmy, że styczeń trwa już od pięciu dni – Szczęśliwego Nowego Roku! Dla tych, dla których 2017 był dobry – niech 2018 będzie jeszcze lepszy, a dla tych, których poprzedni nie oszczędził – dużo nadziei, że lepsze dni jeszcze przed nami. Wszystkiego najlepszego!

Gdy pierwszy raz zdarza się każdego dnia - mój australijski 2017

  • Jesteś niesamowita 😍 wszystkiego najlepszego w nowym roku!

  • Tymczasowa

    Kolejnych ekscytujących pierwszych razów w 2018! Wielkorotnosci statystyk odsłon z 2017 i… Kolejnych followers’ów 😊 zasłużyłas, uporem, siłą… No i czekam na adres, a Ty na Europejską pocztówkę. Spełniamy marzenia 🤗

  • Sun Addict

    Wszystkiego co najlepsze w Nowym roku choć to już bliżej końca stycznia niż jego początek ale co tam; ) Dzisiaj trafiłam na Twój blog i to miłość od pierwszego przeczytanego postu . Bardzo wiele nas łączy mam na myśli cechy charakteru, chodzenie własną drogą , brak akceptacji dla ślepego podązania za tłumem, ciągła praca nas soba i wiele innych.To co mnie zaprowadzilo w tak daleki zakątek internetu to oczywiście Australia – moje małe wielkie marzenie. Nie poddawaj się , sukces wymaga poświęceń , everything is happen for a reason; ) Cheers!